„O dwóch takich, co ukradli piwo a jeden był kucharzem”
Głęboki PRL. Hotelowy luksus w wydaniu retro, restauracja wtedy oferowała głównie lekcję cierpliwości. Realia były proste, na kartę czekało się godzinę, na kelnera drugą, a na uśmiech personelu, do zmiany ustroju. W menu brylowała jednak ona, Golonka po bawarsku. Danie prestiżowe, wymagające i jak się wkrótce okazało, niezwykle „płynne” w rozliczeniu.”
Gość, po zjedzeniu rzeczonej golonki, otrzymał rachunek. Między pozycjami widniała zagadka, której nie powstydziłby się sam Pitagoras, dwa piwa, których nikt do stolika nie przyniósł, nikt nie widział i nikt z obecnych gości przy stole nie wypił. Wezwany na miejsce kierownik sali, z miną godną dyplomaty, wysłuchał zarzutów. Wtedy do akcji wkroczył kelner, mistrz logiki stosowanej.
Wyjaśnienie było proste jak konstrukcja cepa.
Jedno piwo było składnik receptury wszak golonka „po bawarsku” w piwie pływać musi.
Drugie piwo to paliwo rakietowe dla kucharza, wszak kucharz w takich oparach na sucho pracować nie może.
Gość, oszołomiony tą lekcją chemii organicznej, zapytał z niedowierzaniem,
A jeśli zamówię kaczkę pieczoną w jabłkach, to dopiszecie mi skrzynkę owoców z sadu i flaszkę dla gajowego?
Kierownik, nie mrugnąwszy okiem, dopisał pod rachunkiem, opłata za konsultację merytoryczną. Wyjaśnił, że dyskusja z personelem wykwalifikowanym to usługa premium. Kucharz natomiast, słysząc awanturę, wychylił się przez okienko wydawce: „Szefie, powiedz mu, że jakby chciał golonkę po polsku, to bym musiał dopisać setkę wódki, bo na trzeźwo to ja tej wieprzowiny z przydziału nie dotykam!”. Ostatecznie sprawę rozwiązano polubownie. Gość zapłacił, bo kelner zagroził, że następnym razem kucharz przygotuje „Śledzia w oleju”, a olej napędowy jest obecnie na kartki i wyjdzie drożej niż całe wesele w remizie komunistycznym.