Case study z kuchni. Jedno danie. Jeden problem. Jedno rozwiązanie.
Był taki wieczór, kiedy kuchnia pracowała jak dobrze naoliwiona maszyna. Serwis
szedł równo, kelnerzy byli szybsi niż plotki na zapleczu, a goście jedli tak, jakby ktoś
im wcześniej powiedział, że jutro restauracja zamyka się na zawsze.
Jedno z dań wieczoru, tatar z polędwicy wołowej.
Klasyka. Mięso krojone nożem, żółtko confit, odrobina musztardy Dijon, szalotka,
kapary, kilka rzeczy, które mają sens, a nie katalog dodatków z hurtowni
gastronomicznej. Danie proste, ale tylko w teorii. Bo tatar to trochę jak rozmowa z bardzo inteligentnym człowiekiem, jeśli przesadzisz z dodatkami, zaczyna być męcząco.
I właśnie wtedy pojawił się problem.
Do kuchni wchodzi kelner z miną człowieka, który niesie wiadomość z pogranicza
dyplomacji i katastrofy.
– Szefie… gość pyta, czy można zrobić tatara bez surowego mięsa.
Zapadła cisza.
Kucharze spojrzeli na mnie tak, jakby ktoś właśnie zaproponował zupę cebulową bez cebuli.
– Jak to bez surowego mięsa? – zapytałem.
Kelner wzruszył ramionami.
Pan bardzo chce tatara, ale nie je surowych rzeczy.
To jest moment, w którym w kuchni pojawiają się dwa odruchy.
Pierwszy – śmiech.
Drugi – irytacja.
Bo przecież to trochę tak, jak zamówić espresso i poprosić, żeby było herbatą.
Ale w gastronomii jest jedna zasada, której nauczyłem się dawno temu,
Gość nie przychodzi na egzamin z gastronomii. On przychodzi zjeść kolację.
Więc zamiast dyskutować z filozofią gościa, pomyślałem chwilę.
Jeśli ktoś chce tatara, to tak naprawdę chce trzy rzeczy: strukturę, świeżość i smak
mięsa. Surowość jest tylko jedną z dróg do tego efektu.
Wziąłem kawałek polędwicy.
Pokroiłem ją jak do tatara.
Potem bardzo szybko wrzuciłem mięso na suchą, gorącą patelnię. Dosłownie 10–15 sekund. Tylko tyle, żeby z zewnątrz pojawiła się reakcja Maillarda, a środek pozostał prawie surowy. Zdjąłem mięso, schłodziłem przez chwilę na zimnej blasze i dopiero wtedy doprawiłem jak klasyczny tatar.
Efekt? Mięso miało aromat lekkiego grillowania, ale strukturę i świeżość tatara.
Danie poszło na salę.
Po kilku minutach kelner wraca.
– Szefie… pan pyta, dlaczego wcześniej nikt mu tak tatara nie zrobił.
Odpowiedziałem, bo wcześniej pewnie pytał w restauracjach, a nie w kuchni.
Ta historia nauczyła mnie jednej rzeczy. W gastronomii bardzo łatwo jest bronić zasad. Jeszcze łatwiej mówić: „tego się nie da”. Tylko, że kuchnia nie powstała z zasad. Kuchnia powstała z problemów, które ktoś kiedyś postanowił rozwiązać.
A najlepsze pomysły często zaczynają się od zdania, które na początku brzmi
absurdalnie.
Na przykład – „Poproszę tatara. Ale bez surowego mięsa.”